[Przepis] Omlet – à la biszkopt – z piekarnika

Witajcie Chudzinki!

Jeszcze do niedawna, moim ulubionym śniadaniowym daniem była owsianka. Przyznaję, że ostatnimi czasy poszła ona w zapomnienie, a na moim talerzu zagościł omlet. Uwielbiam go, bez względu na sposób podania. Może być serwowany na słono, słodko, może być przygotowany na patelni czy też w piekarniku. Omlet jest świetnym sposobem na zdrowe ropozczęcie dnia. Mam nadzieję, że zarażę Was omletową miłością.

Dzisiaj przedstawiam Wam przepis na:

OMLET - à la BISZKOPT – Z PIEKARNIKA

Składniki:

  • 3 – 4 jajka (jeżeli przygotowuję porcję dla dwóch osób – daję 4 jajka, jeśli tylko dla siebie – daję 3 jajka)
  • miarka odżywki białkowej
  • dowolny owoc

Sposób przygotowania: oddzielamy białka od żółtek. Ubijamy białka na sztywną pianę. Do żółtek dodajemy odżywkę białkową. Oba składniki mieszamy ze sobą, a następnie dodajemy do ubitych białek. Mieszamy ze sobą wszystkie składniki. Powstałą masę wylewamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i układamy na niej owoce. Pieczemy przez ok. 15 – 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

WERSJA ZE ŚLIWKAMI

WERSJA Z BANANEM

WERSJA Z JABŁKIEM I CYNAMONEM (smakuje jak szarlotka)

Smacznego!

Grubaska

Podsumowanie: SIERPIEŃ 2016

Witajcie Chudzinki!

Za nami ósmy miesiąc roku. Nie ukrywam, że jestem z niego zadowolona. Może i nie był idealny, ale był… po prostu dobry – zarówno w kwestii dietowania, jak i ćwiczeń. Zresztą sami przeczytajcie, sami zobaczcie, jak to było.

Ćwiczenia. To był intensywny miesiąc. Kontynuowałam przygodę, którą rozpoczęłam w lipcu. Kontynuowałam przygodę z siłownią. Mój M. pokazał mi różnorakie ćwiczenia, na wszystkie części ciała. Największą frajdę i jednocześnie najwięcej „bólu” sprawiał mi trening nóg. Zakwasy, które wychodziły po dwóch dnia, to było naprawdę coś fantastycznego, bardzo motywującego i zachęcającego do dalszej walki o fit-ciało. Ten ból podczas zwykłego przemieszczania się był dowodem na to, że walczę, nie poddaję się i małymi krokami zmierzam ku wyznaczonym przez siebie celom. Ten ból dawał mi niesłychaną radość i sprawiał, że byłam dumna z samej siebie. Cudowne uczucie, cudowne! Nogi, nogami, ale najwięcej uwagi poświęciłam na wytrenowanie brzucha i tricepsa. Te dwie części ciała to moja zmora po zrzuceniu 40 kg. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się pozbyć oponki na brzuszku i „motylków” na tricepsie. Walczę z tym cholerstwem i walczę. I póki będę żyła, będę starała się zrobić wszystko, aby pozbyć się wiotkiej skóry. Czasem sobie myślę, że najłatwiej byłoby pójść na jakieś odsysanie tłuszczu i byłoby po sprawie :P W życiu nie zawsze trzeba iść na łatwiznę. Jak się o coś walczy, jak się o coś stara, to jak już się to osiągnie, to wygrana lepiej smakuje. Tak więc ćwiczę, ćwiczę i jeszcze raz ćwiczę! Jak nie na siłce, to w domu. Właśnie! Pod koniec miesiąca mój treningowy harmonogram uległ zmianie, bo… zjawiliśmy się na krótką chwilę w Polsce. Do łask wróciła moja fioletowa mata :-). Tęskniłam za nią szalenie!

Dieta. W ciągu całego miesiąca, w ciągu tych 31 dni moje odżywianie wyglądało całkiem przyzwoicie. Liczyłam kalorie, zwracałam uwagę na zawartość W, B i T w spożywanych przeze mnie posiłkach. Starałam się, aby nie przekraczać 2000 kalorii dziennie (kiedyś, w zamierzchłych czasach, było dla mnie niepojęte, że mogłabym pochłaniać tyle kalorii, będąc na „diecie”. Dobrze, że człowiek wraz z bagażem doświadczeń, zmienia sposób myślenia i zapatrywania się na pewne kwestie życiowe. Jedzenie jest ważne, bo stanowi o jakości naszego życia – ma wpływ na nasze zdrowie, rozwój i samopoczucie. Dobrze zbilansowana dieta to ważny, jeśli nie najważniejszy, czynnik, mający wpływ na gubienie zbędnych kilogramów). W tej kwestii mogę być z siebie dumna. Nie ukrywam, że miewałam także dni, w których pozwalałam sobie na odstępstwa od diety, np. na przepyszne Calzone podczas wycieczki do, po Arnhem czy też słodziutkie Churros podczas pobytu w Hadze. Nie zepsuło to jednak mojego miesięcznego bilansu. Zdrowy rozsądek przede wszystkim. Nieustannie pracuję nad tym, aby moje posiłki zawierały większą ilość białka. Mam mały problem z suplementacją tego oto składnika odżywczego. Pokusiłam się nawet o spróbowanie, testowane batoników proteinowych. Zawsze to jakaś opcja, chociaż niekoniecznie jestem do niej przekonana. Coś mi nie pasuje w konsystencji owych batonów. Są takie… zbite i, o dziwo!, bardzo słodkie. Być może moja reakcja i opinia jest troszkę przesadzona. Być może znajdę jeszcze batonik, który mnie oczaruje i zmieni nastawienie. Kto wie?! A może zainwestuję w odżywkę białkową? A może zacznę jeść kurczaka trzy razy dziennie i dzięki temu mój „problem białkowy” zniknie raz na zawsze? ;-). Prędzej czy później znajdę złoty środek. Muszę się jeszcze pochwalić, że udało mi się zmniejszyć spożywanie węglowodanów! To nie lada wyczyn. Brawo JA :D

(wiem, wiem – nie powinnam wrzucać takich zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać :D)

Na poniższej rozpisce, możecie zobaczyć, jak dokładnie wyglądał SIERPIEŃ 2016 pod względem ćwiczeń oraz odżywiania:

  • 01.08 – kcal: 1 709, trening: trening nóg na siłowni
  • 02.08 – kcal: 2 185, trening: trening brzucha w domu
  • 03.08 – kcal: 1 735, trening: ——————————
  • 04.08 – kcal: 1 660, trening: trening brzucha na siłowni
  • 05.08 – kcal: 2 067, trening: trening brzucha na siłowni
  • 06.08 – kcal: ????, trening: ——————————
  • 07.08 – kcal: ????, trening: ——————————
  • 08.08 – kcal: 1 738, trening: trening brzucha w domu
  • 09.08 – kcal: 1 430, trening: bieganie
  • 10.08 – kcal: 1 446, trening: trening nóg na siłowni
  • 11.08 – kcal: 1 325, trening: trening tricepsa i brzucha na siłowni
  • 12.08 – kcal: 1 741, trening: —————————
  • 13.08 – kcal: 1 579, trening: trening nóg w domu
  • 14.08 – kcal: 1 517, trening: trening ramion i brzucha w domu
  • 15.08 – kcal: 1 529, trening: trening pośladków i brzucha w domu
  • 16.08 – kcal: 1 347, trening: trening tricepsa i brzucha na siłowni
  • 17.08 – kcal: 1 427, trening: trening pośladków i brzucha w domu
  • 18.08 – kcal: 1 624, trening: trening brzucha na siłowni
  • 19.08 – kcal: ????, trening: —————————–
  • 20.08 – kcal: ????, trening: —————————–
  • 21.08 – kcal: ????, trening: —————————–
  • 22.08 – kcal: 1 633, trening: trening brzucha i pośladków w domu
  • 23.08 – kcal: 1 644, trening: trening nóg na siłowni
  • 24.08 – kcal: 1 245, trening: —————————-
  • 25.08 – kcal: 1 702, trening: trening tricepsa i brzucha w na siłowni
  • 26.08 – kcal: ????, trening: —————————–
  • 27.08 – kcal: ????, trening: —————————–
  • 28.08 – kcal: 1 700, trening: —————————–
  • 29.08 – kcal: 1 358, trening: trening ramion, pośladków i brzucha w domu
  • 30.08 – kcal: 1 531, trening: rower, trening ramion, pośladków i brzucha w domu
  • 31.08 – kcal: 1 590, trening: rower, trening ramion, pośladków i brzucha w domu

Waga. Bez zmian. Jestem szczęśliwą 66-kilogramową Grubaską ;-).

Przede mną dobry, ale trudny miesiąc. Dobry, bo jesteśmy z moim M. na urlopie. Dobry, bo jesteśmy w Polce. Nie będzie jednak łatwo. Na każdym kroku czyhają jakieś niebezpieczeństwa. A to rolady z kluskami i sosem, a to jakieś imprezy, po których człowiek ma ochotę pójść na kebaba. Nikt nie mówił, że będzie łatwo :-). Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby nie ulec. Będę dzielna!

Powodzenia we wrześniu. Dajcie znać, jak tam Wasz sierpień.

Grubaska.

Jesienna playlista ♥

Ellie Goulding – Still Falling For You

„All I breathe. All I feel
You are all for me
No one can lift me, catch me the way that you do
I’m still falling for you”

OneRepublic – Kids

„I refuse to look back thinking days were better
Just because they’re younger days
I don’t know what’s ’round the corner
Way I feel right now I swear we’ll never change”

Chino & Nacho – Me Voy Enamorando (ft. Farruko)

„Usted por la galaxia me tiene volando
Yo siento que la nube estoy acariciando
Ya que te di me voy enamorando”

Shawn Mendes – Treat You Better

Give me a sign. Take my hand, we’ll be fine
Promise I won’t let you down. Just know that you don’t
Have to do this alone
Promise I’ll never let you down”

Jonas Blue – Perfect Strangers

„Maybe we’re perfect strangers. Maybe it’s not forever
Maybe the light will change us. Maybe we’ll stay together
Maybe we’ll walk away. Maybe we’ll realize
We’re only human
Maybe we don’t need no reason”

[ZDG] Holandia, siłownia, dieta i usunięcie konta na Instagramie

Witajcie Chudzinki!

Nareszcie udało mi się wygospodarować dłuższą chwilę, aby napisać poniższą notkę. Jak zwykle pochłonęło mnie życie i stąd też moja nieobecność na blogu i w innych social mediach. Przepraszam, że nie odpisuję na bieżąco na Wasze e-maile, prywatne wiadomości na facebooku oraz komentarze na blogu. Musicie wiedzieć, że myślę o Was nieustannie i bardzo, bardzo za Wami tęsknię. Mam nadzieję, że prędzej czy później stanie się cud i doba będzie miała więcej niż dwadzieścia cztery godziny. Wtedy na pewno będę mogła dotrzymać słowa i być wzorową blogerką i motywatorką :-)

Holandia. W grudniu mówiłam, że nigdy więcej nie powrócę do kraju chodaków i tulipanów. Tak, życie jest przewrotne i zaskakujące. Po trzech miesiącach bycia w Polsce, zdecydowaliśmy z moim M., że wracamy do Holandii. Jeszcze nie wiemy na jak długo tu pozostaniemy. Jedno jest jednak pewne: prędzej czy później zamierzamy wrócić do domu. To tylko jeden z wielu, to tylko kolejny przystanek na naszej wspólnej, życiowej drodze. Holandia sama w sobie nie jest taka zła, ale to nie jest moje miejsce na ziemi. To tylko miejsce, które ma mi pomóc dorobić się pierwszego miliona haha.

Holandia znów wodzi na pokuszenie. Holandia znów kusi biedną Grubaskę swoimi słodkimi wyrobami. O jaaaaaaaaaaaaa, kolejny raz muszę stawiać czoła dobrocią, jakie oferują tutejsze sklepy. Walczę dzielnie, chociaż czasami przegrywam z Oreo w białej czekoladzie i lodami firmy Ben & Jerry’s. Muszę się jednak pochwalić, że moje odżywianie wygląda lepiej niż podczas pierwszego pobytu tutaj (dla przypomnienia: przytyłam wówczas 6 kg). Przede wszystkim nie stołuję się w fast-foodowych knajpach, nie zastępuję drugiego śniadania batonikiem oraz nie pochłaniam hektolitrów gazowanych napojów. Po blisko 5 miesiącach życia na obczyźnie (tak, tak – jesteśmy w Holandii już od ponad 4 miesięcy) moja waga nie ulega zmianie. To jest oczywiście bardzo dobra nowina. Być może poprzedni wyjazd czegoś mnie nauczył. Popełniam błędy, ale nigdy nie ustaję w walce o lepszą siebie. A może to też dlatego, że tym razem nie jestem tu sama  i znacznie lepiej jest ugotować wspólnymi siłami i zjeść normalny obiad, niż udać się np. po kebaba. Wspólne gotowanie to świetna sprawa ;-).

Warto również wspomnieć o tym, że od miesiąca chodzę na SIŁOWNIĘ. Ćwiczę trzy razy w tygodniu, pod czujnym okiem mojego prywatnego trenera. Jak nie trudno się domyślić, trenuję z moim M., który powolutku wprowadza mnie w tajniki treningu siłowego. Pokazał mi różne warianty ćwiczeń, na wszystkie partie ciała. I tak w trakcie jednego treningu, robię 5 ćwiczeń – w 3 seriach – po 12 powtórzeń (przed treningiem 5 minutowa rozgrzewka na bieżni i małe rozciąganie, a po treningu siłowym – 10/15 minut na bieżni lub orbitreku). Widzę już małe zmiany w swoim ciele. Mimo, iż waga ani drgnie – lustro mówi coś innego. Nie są to oczywiście jakieś kolosalne zmiany. Moje ciałko zmienia kształt, powolutku modeluje się i ujędrnia. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym mój jadłospis nie był tak bogaty w nadmierną ilość węglowodanów, to rezultaty byłyby jeszcze lepsze. Pracuję nad tym nieustannie – z lepszymi i gorszymi rezultatami. Grubaska, jak to Grubaska, ma słabość do tego, co jej szkodzi. Liczę kalorie. Wiem, że kaloria kalorii nie jest równa więc powtórnie wróciłam do liczenia węglowodanów, białka i tłuszczy w spożywanych przeze mnie posiłkach (właśnie w celu kontrolowania węgli). Jem w granicach 1 700 – 2 000 kcal. To dość sporo, jak na mnie, ale tyle obecnie potrzebuję, bo pracuję fizycznie i jak wyżej wspominałam, ćwiczę trzy razy w tygodniu na siłce. Jedzenie musi dawać siłę, musi dodawać mi energii więc stąd też taka, a nie mniejsza ilość. Czuję się świetnie. Dobrze jest być na dobrej ścieżce, na ścieżce, która powolutku (baaaaaaaardzo powolutku) zbliża mnie do wymarzonej sylwetki. Jest naprawdę dobrze.

Usunięcie konta na Instagramie. Pod koniec maja usunęłam grubaskowe konto na Insta. Usunęłam i nie zamierzam tam wracać. Na moją decyzję złożyło się kilka, dość istotnych, czynników. Po pierwsze, miałam dość instagramowej iluzji idealnego świata. Odnoszę wrażenie, że portal ten skupia się przede wszystkim na kreowaniu zakłamanej rzeczywistości. Idealne ciała, idealne posiłki, idealne stroje, wakacje, spotkania, życie. Wszystko ujęte w idealnym kadrze – tak, żeby wyglądało ładniej, szczuplej, smaczniej. To nie moja bajka, nie mój świat. Nie chciałam dłużej w tym uczestniczyć. Nie jestem idealna. Moja posiłki nie wyglądają, jak wyjęte z książki kucharskiej. Moje życie to nie seria maratonów po sklepach czy pasmo dalekich podróż. Nie jestem idealna, ale… jestem szczęśliwa. Lubię kanapki z jajkiem na twardo, które nie zawsze ma kolor słońca, lubię ugniecione, papkowate ziemniaki, które nie prezentują się na zdjęciach zbyt korzystnie, lubię mieć bałagan na obiadowym talerzu. Lubię, gdy mój M. łapie mnie za „boczki”. Lubię, gdy moje buty nie pasują do reszty stroju. Nie muszę się kreować na kogoś, kim nie jestem – bo właśnie w tym tkwi prawdziwe piękno – w byciu po prostu sobą. Po drugie, Instagram pochłaniał za dużo mojego czasu. Wolę ten czas spożytkować w inny sposób, np. z chłopakiem, rodziną, znajomymi, na siłowni, oglądając film lub spacerując po lesie. Po trzecie, Instagram przyczyniał się do zmniejszenia mojej pewności siebie i wiary we własne możliwości. Serio! Podglądanie innych wcale nie motywowało mnie do działania, wręcz przeciwnie – demotywowało. Wszędzie widziałam szczuplejsze i ładniejsze dziewczyny. Umniejszałam swoje osiągnięcia (a przecież zrzucenie 40 kg to wielki wyczyn!). To nie było normalne.

Miałam więc trzy powody, aby podjąć decyzję o zamknięciu konta na Instagramie. To wystarczająca ilość, aby podjąć drastyczne kroki. Ani przez sekundę nie żałowałam swojej decyzji. Bo wiecie.., czasem trzeba oderwać oczy od ekranu telefonu, spojrzeć w górę i… cieszyć się otaczającą nas rzeczywistością. Obok tego wirtualnego świata istnieje prawdziwe, realne, cudowne życie. Świat jest piękny i ma nam wiele do zaoferowania :).

Na dzisiaj to tyle. Mam nadzieję, że za mną tęskniliście i chociaż troszkę ucieszy Was powyższa notka. Trzymajcie się cieplutko Chudzinki!

Grubaska.

Podsumowanie: MARZEC 2016

Po kiepskim lutym, nadszedł czas na podsumowanie marca. To był dobry miesiąc zarówno w kwestii diety, jak i aktywności fizycznej. To był miesiąc zmian. Czy okażą się ona dobre, dowiem się w najbliższej przyszłości. Mam nadzieję, że będę mile zaskoczona :-). A póki co, przejdźmy do konkretów…

Ćwiczenia. Z przyczyn losowych, musiałam zrezygnować z uczęszczania na fitness. Nie był to jednak powód do tego, aby całkowicie zrezygnować z bycia aktywną. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma i dlatego też przerzuciłam się na ćwiczenia w domu oraz bieganie. Zazwyczaj w poniedziałki, środy i piątki udaję się w teren, aby potruchtać i nacieszyć oko, budzącą się do życia przyrodą. Bieganie nie jest moją mocną stroną, ale malutkimi kroczkami zmierzam do tego, aby w dobrym czasie przebyć 5 kilometrów. Póki co, sił starcza mi na 4 kilometry. Jestem jednak pozytywnej myśli. Prędzej czy później, ten kilometr więcej, nie będzie stanowił dla mnie bariery, wyzwania. We wtorki i czwartki wykonuję ćwiczenia na pośladki i abs. Tym razem nie sięgam ani po zestawy ćwiczeń Mel B, ani po zestawy Rebecci. Tym razem wykonuję trening, który pokazał mi mój M. Trening ten jest zbiorem kilkunastu ćwiczeń, które znajdziecie w wielu youtubowych filmikach. Wychodzi więc na to, że ćwiczę 5 razy w tygodniu po ok. 30 minut. Myślę, że to całkiem przyzwoity bilans, tym bardziej, że ostatnimi czasy mam dość napięty grafik zajęć.

Dieta. Pozbyłam się na jakiś czas statusu osoby bezrobotnej więc moje posiłki ponownie uzależnione są od godzin, w których jestem w pracy. Zazwyczaj jem 4 -5 posiłków: śniadanie, dwie przekąski w pracy, obiad i kolację lub po prostu obiadokolację. Liczę kalorię, chociaż tym razem są one tylko skutkiem ubocznym zwracania uwagi na zawartość węglowodanów, białka i tłuszczów w każdym produkcie, w każdym daniu. Każdego dnia skrupulatnie zapisuję i liczę owe wartości. Staram się mieścić w następujących granicach:  187 g węli, 75 g białka, 50  g tłuszczów  (ok. 1 500 kcal).  Nie ukrywam, że ta nowość w moim jadłospisie, zajmuje troszkę więcej czasu, niż zajmowało mi liczenie wyłącznie kaloryczności dań. Jak wiadomo, praktyka czyni mistrza więc prędzej czy później będzie mi to przychodziło z łatwością. Co jeszcze słychać w kwestii mojego dietowania? Nadal nie jem słodyczy. Przede mną jeszcze miesiąc do końca słodyczowego zakładu. Im bliżej finiszu, tym jakoś trudniej wytrwać w tym postanowieniu. Mam taką nieodporną ochotę na McFlurry  i Oreo w białej czekoladzie… Słodycze śnią mi się po nocach, to jakiś obłęd. Wiem, że gdyby nie wsparcie M. to już dawno bym poległa na tym słodkim polu walki (wiem, że już o tym wspominałam, ale tak naprawdę jest). To niesamowite, że dostaję od niego takie wsparcie, że nie zależy mu na wygranej tego zakładu, że motywuje mnie do działania i odgania myśli o zachciankach, że chce, abym wytrwała, wygrała i mogła być z siebie dumna. Dam radę! Dla siebie, dla niego, dla Nas, dla Was. Staram się również nie jeść fast-food’ów (druga połowa miesiąca w 100% pozbawiona śmieciowego jedzenia, w pierwszej zdarzyło się kilka małych wpadek), pieczywa (ponownie przerzuciłam się na wafle ryżowe i chrupkie pieczywo) oraz ograniczyć spożywanie alkoholu.

Waga. W tym temacie nic nie ulega zmianie :-)

Postanowienia na kwiecień 2016. Odkąd prowadzę dzienniczek odchudzania Bababook (nie ukrywam, że ten kajecik pozwolił mi wrócić na dobre tory i trzymać w ryzach moje menu. Uwielbiam!), to zamiast miesięcznych postanowień, robię sobie tygodniowe wyzwania. I tego też zamierzam się trzymać. Małymi kroczkami do celu. Kwiecień będzie podobny do marca (a przynajmniej taką mam nadzieję). Zero słodyczy, zero fast-food’ów, zero pieczywa i alkohol w umiarkowanej ilości (bo od czasu do czasu, lampka wina nie zaszkodzi :P ). Będę dzielna, uśmiechnięta, przestanę przejmować się pierdołami, będę uczyła się angielskiego, poznawała nowe miejsca, doświadczała cudów i będę po prostu szczęśliwa :D Proste? Proste!

Grubaska.

Wiosenna playlista ♥

James Bay – Best Fake Smile

„No you don’t have to wear your best fake smile
Don’t have to stand there and burn inside
Oh, if you don’t like it”

Fifth Harmony – Work From Home

„You don’t gotta go to work. But you gotta put in work
You don’t gotta go to work. Let my body do the work
We can work from home, oh”

ZAYN – It’s You

„I won’t cover the scar
I’ll let it be
So my silence
So my silence won’t
Be mistaken for believing
Am I wrong for wanting us to make it?”

Skrillex & Dipla feat. Kai – Mind

„Say my name, I wanna hear you call
Hold me close, I wanna feel your heart
I’m in a cold sweat and I want you bad
Now you got me all in my head, like damn

Imma show you how to love again”

99 Souls feat. Destiny’s Child – The Girls Is Mine

„In your face I can see passion
Come too far for you to feel alone
Don’t let him walk over your heart”

Grubaska.

[OdchudzaniePodKontrolą] Dzienniczek odchudzania Bababook

Jak dobrze wiecie jestem wielką miłośniczką i zwolenniczką prowadzenia dzienniczka odchudzania. Rzetelne, codzienne zapiski sprawiają, że mam kontrolę nad swoim jadłospisem i aktywnością fizyczną. To mój sposób na walkę z dodatkowymi, niepotrzebnymi kilogramami.

Walkę z otyłością zaczęłam cztery lata temu i od tamtego czasu przez moje życie przewinęło się wiele kajecików, które były świadkami moich wzlotów i upadków. Absolutnie zawsze robiłam je sama. Kilka z nich pokazałam Wam na moim blogu.

Stało się coś zupełnie niespodziewanego… Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po gotowy, zrobiony przez kogoś innego dzienniczek odchudzania. Kilka dni temu stałam się posiadaczką DZIENNICZKA ODCHUDZANIA BABABOOK. Jestem nim autentycznie zachwycona. Jest piękny, przejrzysty i bardzo praktyczny.

I jako, że mój zachwyt nad tym cudem nie ma granic – przybywam dziś po to, aby Wam go pokazać i polecić. To idealna alternatywa dla osób, które nie mają czasu na własnoręczne przygotowanie dzienniczka odchudzania.

Jeśli chodzi o kwestię pieniężną to owe cudeńko kosztuje 34 zł i można je zakupić drogą internetową:
http://bababook.pl/

A oto moje nowe dziecko, które pomogło mi ponownie wrócić na dobre tory:

Na pierwszej stronie znajdziecie miejsce, w którym spersonalizujecie Wasz dzienniczek, czyli rubryki, w których możecie napisać swoje imię, numer telefonu, e-mail, grupę krwi uczulenia, choroby.

Na kolejnej stronie pojawia się „PLAN 8 TYGODNI” – zapisujemy tam swoje cele na 56 dni oraz kalendarz, w którym skreślamy dni do końca naszego wyzwania.

Kolejne tabele, które znajdziemy w Bababook to TABELA POMIARÓW (szyja, ramię, klatka piersiowa, pas, biodra, udo, łydka) oraz WYKRES WAGI.

Motywacja to podstawa każdej walki więc dzienniczek odchudzania zawiera KARTY MOTYWACJI, KARTY KORZYŚCI (miejsce, w którym możemy wkleić zdjęcia wymarzonej sylwetki albo zapisać ulubione cytaty itp)

Po wypełnieniu poszczególnych stron możemy przejść do 8 tygodniowego planu i dzień po dniu rozpisywać swoje posiłki, kalorie, a także oceniać swój dzień pod względem aktywności fizycznej i odżywiania.

Jeśli zdjęcia nie są dla Was dość wyraźne, to odsyłam na oficjalną stronę Bababook. Macie moje słowo, że przedstawione tam fotografie są idealnym odzwierciedleniem tego, co dostajemy w rzeczywistości :-) [link 1] [link 2] [link 3] [link 4]

Uwielbiam. Uwielbiam. Uwielbiam! I dlatego też daję Wam znać, że takie coś powstało, że takie coś istnieje i, że każdy może zdobyć takie cudeńko.

Nie mogę się doczekać aż zapełnię wszystkie strony mojego nowego kajecika. Póki co, za mną 5 dni, yeaaah! Jest moc <3

Grubaska.

Podsumowanie: LUTY 2016

Wiem, wiem – za nami już prawie połowa nowego miesiąca, a luty już dawno odszedł w zapomnienie. Tak czy siak – pragnę podsumować drugi miesiąc roku. Lepiej późno niż wcale, prawda? :-)

Ćwiczenia.  W styczniu testowałam różne zajęcia fitnessowe, a w lutym chodziłam już tylko na te, które najbardziej przypadły mi do gustu. W poniedziałku uczęszczałam na TABATĘ, w środę na PIŁKI, a w czwartki na STEP i BODY SHAPE. Grupowe ćwiczenia sprawiają mi wielką frajdę oraz dają ogromnego, motywacyjnego kopa. Sprawiają także, że czuję się lepiej fizycznie, jak i psychicznie. Trening to dobry sposób oczyszczenia myśli i odprężenia się. Dla mnie ćwiczenia to także sposób na utrzymanie wagi. Mimo wpadek w jadłospisie – aktywność fizyczna sprawia, że kilogramy nie szybują w górę. Najważniejsze to utrzymanie równowagi w życiu hehe.

W zeszłym miesiącu zainwestowałam w piłkę gimnastyczną z nadzieją, że będę na niej trenowała w domu. To nie był dobry zakup. Nie takiej piłki chciałam zostać posiadaczką. Jest miękka, giętka i ciężko na niej wykonać ćwiczenia, które robimy na zajęciach. Zresztą nie wiem czego ja się spodziewałam po piłce kupionej za 20 zł w Biedronce. Czas zacząć odkładać pieniądze na porządny sprzęt. Już wiem, jaki prezent zrobię sobie na urodziny.

Dieta. Nie jest idealnie i jestem z tego powodu zła, a raczej wściekła na siebie. Wprawdzie nie jem słodyczy, ale co z z tego skoro ulegam innym pokusom? Ostatnio mam jakąś chlebową obsesję. Chlebową, pizzową i frytkową. Tragedia. Nie mogę się ogarnąć, nie mogę się opanować. Gdybym miała umieścić swój jadłospis na wykresie to byłaby to amplituda wzlotów i upadków. Jednego dnia idealnie, drugiego kiepsko i tak na zmianę. Zwariować można. Czy ktoś może mi powiedzieć, jak to się stało, że zaczęłam sięgać po jasne pieczywo? I jak to się stało, że średnio raz w tygodniu jem fast-fooda? Wiem, że gdyby moje menu było lepsze, zdrowsze to już dawno pozbyłabym się oponki na brzuchu. Wiadomo, że same ćwiczenia cudów nie zdziałają. Skoro to wiem, to dlaczego popełniam takie głupkowate błędy? Błędy świeżaka? WTH?! Ech, czasem czuję się tak, jakbym dopiero raczkowała w tym temacie, a przecież schudłam ponad 40 kg więc powinnam być mądrzejsza i dokonywać lepszych wyborów. No cóż, jestem tylko ułomnym człekiem, który ma lepsze i gorsze dni. W tamtym miesiącu takie ‚wpadki’ traktowałam z przymrużeniem oka, dziś traktuję je jako słabość, której się wstydzę, ale którą chcę wykrzyczeć całemu światu, aby móc z nią walczyć i ją zwalczyć. Wiem, wiem – pewnie jestem dla siebie zbyt ostra. To nie tak, że siedzę na tyłku i w jednej dłoni trzymam pajdę chleba ze smalcem, a w drugiej pizzę i zapycham się nimi na zmianę. Po prostu czuję, że te na pozór małe odstępstwa od dobrego odżywiania, sprawiają, że ciągle jestem w tym samy miejscu (chociaż pocieszam się tym, że lepiej być w tym samym niż gorszym).  Prawda jest taka, że gdy jem niezdrowe produkty to czuję się jak… jak kupa (sorry za wyrażenie, ale nie przychodzi mi na myśl żadne inne, ładniejsze słowo). I na co mi to? Czas wziąć się w garść i powiedzieć ‚bye, bye’ pizzy i innym zapychaczom.

Ufff, aż mi lżej na sercu, że mogłam wylać cała moją jedzeniową gorycz. Aby jednak zachować równowagę i zakończyć ten akapit w pozytywnym tonie, to powiem Wam, że w te dobre dni jem np. pyszne omlety. O jejcia, wyglądają obłędnie, a co najważniejsze są zdrowe i dostarczają mnóstwo energii.

Cieszę się także z tego, że mimo wielu pokus nadal omijam słodycze szerokim łukiem. No dobra, może nie takim szerokim, bo gdy jestem w sklepie to muszę przejść i zobaczyć dział ze słodkościami. Nie wiem po co, nie wiem dlaczego – tak mam, być może to mój mały fetysz haha. Wiecie, że marzę i śnię, np. o lodach McFlurry? Czasem już naprawdę chcę je kupić i zjeść, ale wtedy na straży mojego dobra, mojego dietowania pojawia się cudowny, niezastąpiony rycerz w zbroi – mój chłopak, który przywołuje mnie do porządku. I mimo, że mnie to strasznie wkurza (bo jak może mi zwracać uwagę?! Przecież wiem co jest dla mnie dobre!) i mimo, że jestem wtedy na niego zła (wiem, że niesłusznie) to jestem mu za to niezmiernie wdzięczna (ale oczywiście mu tego nie powiem!). Dobrze jest mieć swojego prywatnego motywatora i takiego ‚przypominacza’, który zawsze z miłością i w dobrej wierze przypomina, że dam radę, że jestem wystarczająco silna, aby pokonać chwilową chęć na coś słodkiego, że nie potrzebuję tego świństwa do szczęścia, bo jest wiele innych rzeczy, które mogą mnie uszczęśliwić. Prawda, prawda o której czasem zapominam (być może to efekt mojego starzenia się i sklerozy hehe).

Także SŁODYCZE MOJE DROGIE – nie ulegnę Wam do maja (a może i dłużej), ha! Nie wygracie ze mną, bo jak już sama nie daję rady to mam przy sobie kogoś, kto dodaje mi powera i pomaga się z Wami rozprawić. Nie z nami takie numery! ;)

Waga. Ważę tyle, ile ważyłam, kiedy wróciłam z Holandii. Nic się nie zmienia w tej kwestii. Patrzę na ten aspekt z uśmiechem na twarzy. Waga w normie – nie tyję, nie chudnę więc nie ma się czym martwić. W marcu zrzucę tylko kilka centymetrów w pasie i będzie idealnie ;-).

Jaki jest i jaki będzie kolejny miesiąc 2016 roku? W marcu walczę z fast-foodami i jasnym pieczywem. Ćwiczę (ale już nie na sali fitnessowej – opowiem Wam wszystko w podsumowaniu marca 2016). Odkurzyłam stepper, który kiedyś pomógł mi wygrać walkę z nadwagą. Zamiast wydawać pieniądze na pizzę – zaczynam odkładać na piłkę gimnastyczną z prawdziwego zdarzenia. Każdego dnia stawiam sobie małe wyzwania, cieszę się małymi rzeczami. Przede mną miesiąc zmian więc staram się pozostać przy zdrowych zmysłach :-) Kciuki mile widziane.

Na sam koniec tej notki powiem Wam jeszcze jedno: Kala nawet jeśli upada to zawsze powstaje, aby móc działać ze zdwojoną siłą. Czasem traci motywację, ale nigdy nie traci nadziei. Powraca jak bumerang. Kala zawsze walczy do końca :D I mam nadzieję, że Wy też!

Grubaska.

[ZDG] Fitness, 46 dni bez słodyczy i przejażdżka rowerowa

Tak, wiem – OKROPNA ZE MNIE BLOGERKA. Nieustannie obiecuję, że wrócę do systematycznego pisania i… na obietnicach kończy się mój zapał. Dlatego też przepraszam, że nie dotrzymuję danego Wam słowa. Mam nadzieję, że będziecie dla mnie łaskawi i przymkniecie oko na moje małe potknięcia. Opuściła mnie wena i dopadło pisarskie lenistwo. Wierzę, że wraz z wiosną wszystko wróci na swoje miejsce, a ja – Grubaska, będę miała znów milion pomysłów i spraw, którymi będę chciała się z Wami podzielić :-). Nie uciekajcie stąd, czekajcie na mój wielki powrót, bo on prędzej czy później nastąpi.

A tymczasem u Grubaski…

FITNESS. Jak już wspominałam w podsumowaniu stycznia, wróciłam na fitness. Chodzę trzy razy w tygodniu, na cztery zajęcia. W poniedziałki na Tabatę, w środę na Piłki, a w czwartki na Step i Body Shape. Zdarza się, że biorą udział w Zumbie, ale zajęcia te są tak oblegane, że dostanie się na nie graniczy z cudem. W dni, w które nie chodzę na fitness, czyli we wtorki i piątki, ćwiczę tylko abs [link]. W weekend staram się regenerować mięśnie i siły na kolejny tydzień, ale różnie to bywa, np. w ostatnią sobotę byłam na rowerze, o czym opowiem za kilka chwil. Ćwiczenia z piłką gimnastyczną zdecydowanie są moimi ulubionymi i zawsze z utęsknieniem czekam na środek tygodnia. Początkowo sądziłam, że będzie łatwo, miło i przyjemnie. Ok, jest miło, nawet bardzo, ale nie powiedziałabym, że łatwo. Aktywność ta wymaga niesamowitego skupienia i angażuje pracę wielu mięśni, które dają o sobie znać już w trakcie treningu. Cholera, byłam pewna, że mam silne nogi, a tu psikus! Okazuje się, że są słabe i potrzebują konkretnego wzmocnienia. Wszystko przyjdzie z czasem, jeszcze będą mocne i twarde, jak stal haha. Moim ukochanym ćwiczeniem z piłą jest ćwiczenie z poniższego gifu. Totalny odlot. Uwielbiam je do tego stopnia, że planuję kupić piłkę, aby móc je wykonywać w domu i dopracować do perfekcji. Jestem zakochana w tym przyrządzie. Muszę go mieć. A jak już go będę miała, to nic mnie nie powstrzyma przed codziennymi treningami. Obiecuję, że będę gibka i wytrenowana, jak ta czarnula ze zdjęcia. Będzie się działo! Nie mogę się doczekać. Już kiedyś miałam przelotny romans z piłką gimnastyczną, ale nie była ona dopasowana do mojego wzrostu i nie ćwiczyło mi się na niej zbyt dobrze. Pamiętam, że miłość ta była ulotna i po kilku próbach ogarnięcia youtubowych zestawów ćwiczeń poległam, poddałam się. Ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, jednak zaryzykuję eheheh.

WYZWANIE: 46 DNI DO WIELKANOCY, 46 DNI BEZ SŁODYCZY. Nie jem słodyczy od stycznia (zakład, który potrwa do maja), ale Wielki Post to dobry czas, aby zmotywować otoczenie do walki ze słodyczowymi pokusami. Do Wielkanocy już tylko 45 dni więc nie ma ani chwili do stracenia. I z tejże okazji założyłam wczoraj na fb wydarzenie. Ha! Serce mi rośnie, kiedy widzę, że jest nas tam coraz więcej. Zapraszam resztę świata do wzięcia udziału w naszym wyzwaniu. Zachęcam do komentowania, dzielenia się swoimi sukcesami, pomysłami na walkę ze słodyczowym nałogiem itp. W grupie siła. Razem wytrwamy do końca. Wydarzenie na fb: [link] . Do boju Chudzinki, do boju!

PRZEJAŻDŻKA ROWEROWA. W poprzednią sobotę wybrałam się z moimi mężczyznami, czyli tatą i chłopakiem, na rowery. W planie mieliśmy zrobić maksymalnie 20 km, ale mojego tatę troszkę poniosła sportowa wyobraźnia i wydłużył nam trasę. Zrobiliśmy 33 km w dość trudnym terenie. Mieszkam na Śląsku więc ciężko tu o drogi bez wzniesień, górek i pagórków. Momentalnie było naprawdę ciężko. Miałam jeden, ale za to ogromny kryzys. Myślałam, że wyzionę ducha, że się rozpłaczę i dalej nie pojadę. Zacisnęłam jednak zęby, spięłam poślady, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam dalej. O nie, Kala się nigdy nie poddaje, nigdy (tym bardziej że obok był mój ukochany. Niech wie, jaką ma silną dziewczynę hehe)! Dałam radę, cała nasza trójka dała (muszę przyznać, że faceci spisali się na medal – żadna góra nie była im straszna!). Mimo zmęczenia, które dało o sobie znać wieczorem, było warto. To był fantastyczny czas. Nie dość, że spędzony w gronie bliskich, to jeszcze udało nam się spalić ponad 1 000 kcal i odkryć, poznać nowe miejsca w okolicy. Zdecydowanie polecam taką formę relakso-treningu. Mam nadzieję, że już niedługo powtórzymy ten sportowy wypad.

Tak w ogóle, to był mój pierwszy raz na rowerze w 2016 roku. Ostatni raz jeździłam w grudniu 2015, w Holandii, ale nie ma co ukrywać: holenderskie drogi były proste jak… jak drut. Jazda tam była niczym spacerek i nie wymagała aż takiego zaangażowania całego ciała.  Niebo, a ziemia – dosłownie. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że przemieszczanie się rowerem będzie kiedyś w Polsce tak popularne, tak lubiane i tak naturalne, jak w Holandii. Zdecydowanie brakuje mi tych codziennych przejażdżek rowerowych. Trzeba do tego powrócić.

Na zdjęciu radośni rowerzyści, czyli Wasza Grubaska i jej wybranek serca. Są i kaski na głowie, bo… bezpieczeństwo to podstawa :)

Piosenka na dziś: Kygo feat. Maty Noyes – Stay. Lubię, nawet bardzo.

You push me away, push me away
But I always stay, I always stay, yeah.

Dajcie znać czy ćwiczyliście kiedyś z piłką gimnastyczną i czy lubicie wycieczki rowerowe :-)

Grubaska

Podsumowanie: STYCZEŃ 2016

Pierwszy miesiąc 2016 roku dobiega końca. Czas więc na małe podsumowanie i stawienie czoła prawdzie. Czas na spowiedź. Poniżej dowiecie się, jaki był mój styczeń pod względem ćwiczeń i diety. Pewnych jest kilka rzeczy: Kala wróciła! Kala nigdy się nie poddaje! Kala zdobędzie to, czego tak bardzo pragnie! Alleluja! :)

Ćwiczenia. To był zdecydowanie aktywny miesiąc. Udało mi się wykonywać treningi cztery razy w tygodniu, czasem nawet pięć. W weekendy odpoczywałam i pozwalałam zregenerować się mięśniom. Na początku stycznia zaczęłam ‚testowanie’ ćwiczeń Kayli Itsines. Szybko je porzuciłam ponieważ nie przypadła mi do gustu forma ich podania, przekazu (książka w formacie pdf). Jestem przekonana, że jeszcze wrócę do tego, co proponuje Kayla. Jej ćwiczenia robią furorę na całym świecie więc tak łatwo nie odpuszczę. Zdobędę namacalną formę książki, przetłumaczę ją i zacznę działać. Jako, że treningi z Kaylą skończyły się niepowodzeniem, wróciłam do zestawów Mel B (pośladki), Rebecci Louise (ramiona) i pewnego pana, który robi obłędne ćwiczenia na abs [link]. Kilka razy kręciłam hula-hopem. Dużo spacerowałam. 22 stycznia wróciłam do grupowego fitnessu, na sali, z żywym instruktorem ;-). Obecnie jestem skupiona na odnalezieniu zajęć, które odpowiadałyby mi w 100%. I z tego też powodu za każdym razem chodzę na coś innego. Szukam swojego miejsca w tym fitnessowym świecie. Za mną: Roller+ stretch (ćwiczenia rozciągające i rozluźniające z użyciem rollera i piłeczki do masażu), Tabata (trening interwałowy), Piłki (trening cardio połączony z ćwiczeniami wzmacniającymi), Step (ćwiczenia z użyciem stepu), Functional Step (trening na stepie z elementami treningu funkcjonalnego, np. pompek, przysiadów). Większość tych zajęć przypadło mi do gusty ze względu na szybkie tempo, dynamikę. Uwielbiam wychodzić mokra z sali treningowej i czuć, że dałam z siebie 100%. Uwielbiam czuć wszystkie mięśnie. Uwielbiam budzić się z zakwasami. Jest motywacja, są chęci więc chodzę i działam. Bo wiecie: SAMO SIĘ NIE ZROBI!

Widzę już małe zmiany w swoim ciele. Oponka powolutku spada, na brzuchu zarysowują się mięśnie, boczki są mniejsze i zaczyna mi się robić talia. Patrzę w lustro i jestem z siebie dumna. Póki walczę jestem zwycięzcą. Dlatego walczę do samego końca. Jeszcze troszkę i ubrania znów będą luźniejsze, ha! Wracam, serio wracam na właściwe tory.

Za 2 miesiące, w marcu pokażę Wam zdjęcia na których będziecie mogli zobaczyć, jak zmieniało się moje ciało pod wpływem ćwiczeń (i odpowiedniego, zdrowego jadłospisu). Systematycznie fotografuję się przed lustrem - w tym samym stroju, w tej samej pozie. To dla mnie świetny rodzaj motywacji. Tak, odważę się i pokażę Wam swoje ciało. Mam nadzieję, że będzie się czym pochwalić haha. No nic, do boju Grubasko!

Dieta. Od 6 stycznia nie jem słodyczy (kupnych słodyczy). Założyłam się z moim chłopakiem, że wytrzymam w tym postanowieniu do maja. A jak! Pewnie, że wytrzymam. Wszyscy dobrze wiecie, że kocham słodycze wszelkiej maści i miewam trudności z powiedzeniem im BASTA! KONIEC! STOP! Ale jako, że sprytna ze mnie istota, szukam zamienników moich ulubionych łakoci, np. piekę ciasteczka owsiane lub blenduję mrożone truskawki, kiedy nachodzi mnie ochota na lody. Można? Można! Mimo, że wykluczyłam ze swojego jadłospisu słodkości to przyznaję, że jeszcze daleko mu do perfekcji. Zdarzają mi się weekendowe wpadki. np. pizza zjedzona na mieście. Zdarzają mi się małe potknięcia, ale kimże bym była, gdybym nie popełniała błędów? Cóż mogę jeszcze dodać? Jem 4, czasem 5 posiłków dziennie. Myślę, że jem ok. 1 600 kcal. Dlaczego myślę, a nie wiem? Bo jakiś czas temu przestałam liczyć i zapisywać kalorie. Robię to na oko, bez spiny. Staram się jeść regularnie. I co najważniejsze: jem po treningu. Nareszcie zrozumiałam, że posiłek po wysiłku fizycznym jest potrzebny i wcale nie szkodzi, a wręcz przeciwnie – pomaga.

Waga. Nie wiem ile ważę. Nie wiem i z ręką na sercu przyznaję, że wcale mnie to nie interesuje. Czuję się świetnie. Nie zamierzam uzależniać swojego dobrego nastroju od tego, co pokazuje szklana małpa. Koniec z obsesyjnym ważeniem się. Koniec z dążeniem do perfekcyjnej wagi, która tak naprawdę nie istnieje. Jestem szczęśliwa, bo działam. Jestem szczęśliwa, bo widzę efekty mojego działania. Lubię żyć w tej błogiej nieświadomości. Wago – giń! Lustro jest moim nowym przyjacielem ;-).

Mam nadzieję, że LUTY będzie równie owocny. Nie mam żadnych wielkich postanowień. Chcę po prostu czuć się dobrze. Chcę chodzić na fitness, otaczać się inspirującymi osobami, chcę się zdrowiej odżywiać i cieszyć małymi rzeczami. Bo piękno zawsze tkwi w szczegółach.

Pamiętajcie o pozytywnym myśleniu i zdrowym podejściu do tematu odchudzania, diety i ćwiczeń. Pamiętajcie, aby w tej gonitwie o piękną sylwetkę nie zatracić pięknej duszy. Bo mimo wszystko „NAJWAŻNIEJSZE JEST NIEWIDOCZNE DLA OCZU, DOBRZE WIDZI SIĘ TYLKO SERCEM”.

Powodzenia Chudzinki!

Grubaska.